Out of my mind

Nadano , korespondent/ka: Adam

Myśleliśmy, że już z tego wyrośliśmy. Że jesteśmy już za starzy, że nam się nie chce, że mamy poważniejsze zobowiązania, że lepiej zostać w domu z matką, żoną czy kochanką, że zdrowie już nie to, że chcemy po sąsiedzku emocjonować się Euro 2012. Wszystko prawda. Owszem, niektórzy z nas potrafili jeszcze pół roku temu z dnia na dzień zdecydować się na weekendowy wypad z Europy do Wisconsin na *pewien festiwal*, ale pozostali woleli w tym czasie delektować się codziennością. Dlatego kiedy Pearl Jam na początku grudnia ogłosił trasę koncertową w lecie 2012 roku, przyjęliśmy wariant minimalistyczny. – Fajnie będzie wyskoczyć na stare berlińskie śmieci. Pojdziemy samochodem, to i Sztokholm czy Kopenhagę odwiedzimy – planowaliśmy.

Wielkie Fiasko Biletowe tylko utwierdziło nas w przekonaniu, że to już nie dla nas. Bo skoro ludziom, którzy do tej pory przeznaczali majątek na koncerty zespołu pełnego panów w średnim wieku w pewnym momencie nie jest nawet dane kupienie bardzo drogich biletów, to ja przepraszam, ale chyba ktoś prosi się o zmianę warty.

Po serwerowym krachu i kilku wieczorach pełnych frustracji okazało się, że najprawdopodobniej nie będzie nam nawet dane podróżować w starej ekipie. Bo jednemu udało się trafić bilet do Sztokholmu, inny ma Oslo, a jeszcze ktoś przez przypadek w amoku nabył wejściówkę na festiwal szwedzkiej pieśni sakralnej w Goeteborgu. Klops.

A potem usłyszeliśmy, jak rozchyliły się niebiosa, ktoś przewinął taśmę i zanim się zorientowaliśmy, stawaliśmy już do fanklubowej loterii biletowej na świeżo dodany drugi koncert w Berlinie i na ten w Pradze (który, jak uczy doświadczenie sprzed sześciu lat, okaże się zapewne koncertem *na* Pradze). Wygląda na to, że minimalistyczna wersja trasy koncertowej zamieni nam się w kolejne pełnowymiarowe koncertowe wakacje. Tym bardziej, że niektórzy z nas jadą też do Amsterdamu…

Tak czy inaczej, by pomóc szczęściu, postanowiłem ożywić bloga. Tenclubowa sierotko, wylosuj mnie, wylosuj! Gdy tak się stanie, opowiemy więcej o naszych planach na to lato. Taki szantaż, a co!

I have already got out my checkbook!

The Best Of 2010

Nadano , korespondent/ka: Magda

Niepowtarzalna, wyjątkowa, jedyna w swoim rodzaju kompilacja “The Best of 2010 PJ European Tour by the Pierogi Touring Van”

Najlepszy koncert – Berlin (4). “Najlepsze koncerty są zawsze w Berlinie. Chociaż tym razem nie było aż tak epicko, jak rok temu.” (Adam) “Berlin. Bo i setlista pokombinowana i publiczność stanęła na wysokości zadania. Choć może jakby wziąć setliste z Belfastu i publiczność z Dublina to wynik starcia z Berlinem mógłby korzystny dla hybrydy.” (Świstak) “Bez chwili wahania Berlin. Dla mnie było nawet lepiej niż rok temu, bo w pierwszym rzędzie i nie musiałam w połowie koncertu prosić ochrony o ocalenie przed zgnieceniem.” (Róźka)

Najgorszy koncert – Njimegen (4). “Krótki festiwalowy greatest hits set, słaba publiczność i zmęczony zespół.” (Magda) “Nawet kostka Jeffa tego nie zmieni.” (Świstak) “Nie mogę nie zgodzić się ze znawcami tematu.” (Róźka).

Najlepsza publiczność – Dublin (3). “Pretty good singing there… świetna atmosfera, świetne singalongi, bez pchania się…Najlepsza publiczność na trasie poza jednym niefortunnym incydentem autoprzemocy (36-letni fan z Irlandii, który skoczył z balkonu na soundboard)” (Magda)

Najgorsza publiczność – Njimegen (3), Londyn (1). “W Londynie było gorzej niż w Chorzowie, mnóstwo pijanych Anglików, którzy znają tylko Ten i Vs.” (Magda)

Najbardziej luzacka kolejka – Njimegen (2) “Jeśli można nazwać to kolejką, to spacer był pod scenę. Gdybym miał wskazać nafajniejszą kolejkę w tym roku, to byłby to chyba Belfast, a to za sprawą przemiłych ochroniarzy, którzy wiedzieli, co robić. Niestety, Wersal skończył się po otwarciu bramek, gdy bomba poszła w górę, konie ruszyły z bloków i wszyscy się pogubili.” (Adam) “Przyszliśmy chyba około 10 rano, a w kolejce czekało może 8 osób. W tym “we are crazy” Włosi :)” (Róźka), Belfast (1) “Rozpoczęło się stresująco, bo o 3 nad ranem, ale później okazało się, że kolejce sprzyja centrum handlowe z internetem, pizzą i meczem Anglia-Słowenia, pokazywanym w barze. Dużo chodzenia, mało siedzenia, do wejścia ustawiliśmy się 20 minut przed wpuszczaniem.” (Magda), Londyn (1) “Londyn, bo nie kolejkowaliśmy :). Belfast – bo i mecz obejrzeliśmy, i do łazienki było w miarę blisko, i ochrona się spisała. W Nijmegen nie było kolejki, a taką miałem nadzieję na sprawdzenie kroku Radara.” (Świstak)

Najbardziej zestresowana kolejka – Berlin (3) “Ale i tak dużo lepiej niż poprzednio. Na szczęście nasz włoski kolega w dużym stopniu uratował sytuację.” (Adam) “Każda kolejka to stres, ale w tym roku największy był w Berlinie, z powodu zeszłorocznej porażki. Niestety najbardziej sprytnymi fanami okazali się w tym roku Polacy, a nie Włosi… Mimo wszystko – brawa dla Kevina za świetną organizację kolejki i dla Gelato za sprawne przywrócenie systemu numerkowego” (Magda) “Berlin, ale to chyba już tradycja. Ale i tak o niebo lepiej niż rok temu ;)” (Świstak) “Oprócz Njimegen i Londynu, gdzie z góry olałam pierwszy rząd stresowałam się w każdej kolejce. Uczucie przy ostatniej bramce – jak na chwilę przed wejściem na ustny egzamin.” (Róźka)

A very emotional moment – Adam: Diamonds on the Inside w Gdyni “Zamurowało mnie kompletnie, gdy Ben to zaczął. Spodziewaliśmy się kolejnego, superpoprawnego i supernudnego koncertu, a tu nagle I knew a girl, her name was Truth… Pamiętam, że szczerze się wtedy razem uśmiechaliśmy, po prostu bardzo szeroko uśmiechaliśmy; Johnny Guitar w Berlinie “Bo tak się ucieszyłem, jak Vedder zaczął gadać o gitarze, że nie dałem mu dokończyć i już śpiewałem Johnny Guitar Watson staring at me. Wyprosiliśmy to sobie jakoś telepatycznie. Come Back w Berlinie. Odechciało mi się nawet śpiewać, a przecież uwielbiam śpiewać Come Back w Berlinie. Do żywych wróciłem mniej więcej w połowie Alive. Magda: The End w Berlinie. “Myślałam, że będą to grać na każdym koncercie po Just Breathe, jak w Stanach. Musiałam czekać aż do Berlina i okazało się, że to jeszcze smutniejszy utwór niż myślałam.” Present Tense w Belfaście. “Zawsze tak samo mocno i na nowo.” Świstak: “Tu emosional tu tell.” Róźka: Oczywiście, że całuski posyłane przez Mike’’a ze sceny ;).”

Najlepszy rocker – Adam: “tararara tatata tarara ratatata, every night when the light’s out… wszędzie, o każdej porze dnia i nocy. I Rearviewmirror z jamem jak smaczny befsztyk.” Magda: Rearviewmirror w Belfaście, Push me Pull me w Berlinie. Świstak: “Interstellar/Corduroy w Gdyni… wymarzone i wyśnione ;)” Róźka: “Rockin’ in the Free World, na które musiałam czekać aż do Njimegen. Tylko to uratowało ten koncert.”

Najlepszy strój Ed’a – Adam: “Białe, wysoko naciągnięte na łydkę skarpety, które schowane były w nogawkach błękitnych jak wody Bałtyku spodni.”, Magda: “Piękne turkusowe spodnie, bardzo podobne do moich i nowa koszula w kratkę. Na początku trasy wydawało nam się, że Ed spakował się wreszcie w większą walizkę. W Londynie okazało się, że jak zawsze ma tylko trzy Tshirty i dwie pary spodni.” Świstak: “No bez jaj. To nie pudelek czy inna szafa.” Róźka: “Spodnie nie były błękitne tylko turkusowe ;) I oczywiście najlepsze.”

Najfajniejsza kostka: Adam: “Nie kostka, tylko pałku Mattu, które mi obok łapska przeleciało.”, Magda: “Kostki Mike’a z dziewczyną w kostiumie Tom’a Tomorrow”. Świstak: “Moja w prawej nodze. Przed tourem specjalnie odpuściłem wtorkową piłkę, żeby uraz wyleczyć.” Róźka: Podarowana przez Mackomma po koncercie w Belfaście, kiedy wsparta na ramieniu Sickmana kuśtykałam z uszkodzoną kostką do naszego kampera.”

Najfajniejszy techniczny/a – Adam: “Ricky Ramone bez trzech zębów na przedzie, mimo że pewnie ani razu mnie nie zauważył ;)”, Magda: “Ricky Forever!!! See you next touuuuuuuur!!!” Świstak: “Uhu Yhy Lady :). No a za ludzki odruch Jeff’s tech (George Webb?). W skwarze w Nijmegen rozdawał wodę widząc, że organizatorzy nic sobie nie robią z patelni na jakiej się smażyliśmy.” Róźka: “RICKY!!”

See you all next tour and keep on rockin’!

Mea culpa, the end

Nadano , korespondent/ka: Adam

Nie wyszedł nam ten blog z prostego powodu – braku regularnego dostępu do internetu. Przy niemieckich autostradach nie mieli prepaidowych zestawów startowych telefonii komórkowej, wifi w portach czy centrach handlowych było płatne (i drogie), a baterie naszych laptopów często brały wolne. Dlatego dość szybko straciliśmy regularność. A gdy to już się stało, całkowicie odpuściliśmy temat bloga.

Kiedy piszę te słowa, jesteśmy już w domu, w Warszawie. Droga powrotna okupiona była wieloma stratami (materialnymi i duchowymi), jednak w końcu w środku nocy z piątku na sobotę udało się dotrzeć do stolicy. Dziękujemy wszystkim, którzy nam towarzyszyli w trasie i w kolejkach oraz tym, których spotkaliśmy na swojej drodze. Do zobaczenia w przyszłości. Kiedy? Któż to wie…

A koncerty? Mówienie o muzyce jest jak tańczenie o architekturze. ;)

Jeremy’s calling, no one’s answering

Nadano , korespondent/ka: Adam

Co z tego, że nie piszemy chronologicznie. Co z tego, że nie piszemy regularnie. Ważne, że piszemy. Mamy w końcu XXI wiek, ale żarcie w proszku, satelita nie działa, a w Europie są problemy ze złapaniem internetu. Ale radzimy sobie!

Kiedy piszę te słowa, jesteśmy w Londynie u znajomego Australijczyka. Za kilka godzin idziemy do Hyde Parku. Dziś odpuściliśmy kolejkę, wybieramy mecz Brazylia – Portugalia, piwko i relaks przed koncertem. A póki co, odkopujemy z archiwów naszych pamiętników wpis sprzed kilku dni, który zapomnieliśmy wrzucić, gdy był zasięg. Oto, co stworzył Filip.

***

Pan z odprawy najwidoczniej nie może uwierzyć w nasz plan zobaczenia tego samego przecież koncertu aż sześciokrotnie. Porozmawiawszy chwilę z Adamem życzy sobie okazania mu biletów. W czasie, gdy wejściówki są przygotowywane do potwierdzenia celu naszej podróży, pan przepytuje nas ze znajomości o Pearl Jamie.
You must really like this band – mówi. -They’ve released an album this year, right? – zdaje się nas podpuszczać.
No, that was last year. September. – mówi Magda.
Oh… September, was it? – mówi, tonem jakby nas podejrzewał.
A my właściwie sami już nie wiemy co to jest ten Pearl Jam i dokąd się udajemy.

Wtem przybiega blond Angielka z odpraw krzycząc Pearl Jam, I’m alive! I’m alive! Wszyscy potakujemy, zadowoleni z obrotu rzeczy. Pan również wtrąca swoje trzy grosze: kawałek refrenu Jeremy’ego – Jeremy’s calling – i kultową okładkę Vs: There was a camel, wasn’t there?

Jasne, czemu nie.

Belfast: Behind The Scenes

Nadano , korespondent/ka: Adam

- Guys, something’s wrong!
- What’s up?
- It’s Booms organs – they’re virtually unhearable!
- Impossible, nobody’s even touched them. They’ve been on the same settings for quite some time now.
- Yeah… Look – they’re disconnected. When was the last time anybody’s examined them?
- 2006.
- Oh…
- So, shall we tell Boom then?
- No, let him mash the keys. He seems to be happy.
- Cool.

Autor: Filip

Autostradą do nieba / Highway to hell

Nadano , korespondent/ka: Adam

Kiedy wyjeżdżaliśmy spod Londynu, mieliśmy około godziny zapasu i szeroką jak horyzonty Waldemara Pawlaka autostradę do przejechania. Zrelaksowani minęliśmy Birmingham, po czym za namową GPS-u skręciliśmy na Shrewsbury. – To przecież najkrótsza droga, za cztery godziny będziemy na miejscu, podsmażymy pierogi i odpoczniemy w oczekiwaniu na prom relacji Holyhead – Dublin – myśleliśmy. Uśmiechy znikały powoli.

Z każdym kolejnym zwężeniem, z każdym kolejnym zakrętem coraz bardziej nerwowo zerkaliśmy na GPS. Minuty zapasu, których początkowo było tak dużo, znikały w tempie dwóch na 10 km. A dystans był jeszcze spory. Tak, zamiast pojechać autostradą do Liverpoolu i tam skręcić na ekspresówkę do Walii, władowaliśmy się w sam środek pasma górskiego.

Wszyscy wiemy, jak wyglądają drogi w Beskidach, prawda? Te w górach Walii są jeszcze węższe, jeszcze bardziej kręte, a gdzieś tam na ich końcu czeka prom, na który nie wolno się spóźnić.

Jak to się stało, że jednak zdążyliśmy? To nie jest do końca jasne. Pamiętam tylko kilka przebłysków świadomości, gdy rozpędzony kamper wyskakiwał zza kolejnych zakrętów, manewrując między wysokim murkiem skarpy a jadącymi z naprzeciwka samochodami. Walka toczyła się o każdą minutę szacunkowego dotarcia do celu. Te wciąż ubywały na terenie niezabudowanym, gdzie automat zakładał przepisowe 96 km/h. Tych jednak nikt o zdrowych zmysłach nie osiągał. Prawdziwe boje toczyliśmy w wioskach i miasteczkach, gdzie limit był dużo niższy, a więc do przeskoczenia. Na 70 km przed celem z godzinnego zapasu zrobiło się w końcu siedem minut. Gotowi byliśmy uznać honorową porażkę, gdy nagle las skończył się, a droga wpadła w dolinę. Ścinanie zakrętow nie było już rosyjską ruletką. W nasze serca wstąpiła nadzieja. Licznik zatrzymał się na siedmiu minutach zapasu. Chwilę później byliśmy już na ekspresówce, którą jak po sznurku dojechaliśmy do portu w Holyhead. Siedem minut przed końcem check-inu.

Każdy odcinek He-Mana kończył się lekcją dla potomnych. Nam Orko mówi: przed zaufaniem GPS-owi, zerknij, czy na Twojej drodze nie ma gór.

A tymczasem mowią, że widać już ląd. Dublin, here we come!

Wybory na tak, Stonehenge na nie

Nadano , korespondent/ka: Adam

Poniedziałek rano. Stoimy na Motorway service kilkadziesiąt kilometrów na Londynem. Za nocleg kazali nam tu zapłacić 20 funtów (nocleg, czyli po prostu parking), ale przynajmniej teraz mamy pełną obsługę: prysznic, wifi, kawę, kanapki…

Po wczorajszej wizycie w ambasadzie w Luksemburgu musieliśmy zmienić plany. Mieliśmy mały poślizg czasowy (pierwszy, leniwy dzień spowodował lawinę innych lenistw) i ledwo zdążyliśmy do Calais na prom. Na Heathrow, skąd odebraliśmy Kanadyjczyka Jasona, zajechaliśmy o północy. I zamiast do Stonehenge, ruszyliśmy na północ, do Holyhead. Trudna decyzja, ale okoliczności wskazywały, że właściwa.

Ambasada RP w Luksemburgu to bardzo przyjemna historia. Pałacyk w środku miasta, obok deptak. Głosujących wita pani konsul Ewa Sufin. Kolejek brak. Po spełnieniu obywatelskiego obowiązku – ciasteczko i błyskawiczny spacer poogrodzie. Na dłuższy nie wystarczyło czasu. Już wtedy GPS wskazywał, że do Calais zajedziemy o 19.35. Zgłosić na prom trzeba się było do 20.10. Ale zdążyliśmy, jesteśmy bohaterami!

W Dover, gdy już przybyliśmy do ziem Jej Królewskiej Mości, mieliśmy sympatyczną przygodę z celnikami. O niej napisze Filip (może już napisał, tylko jeszcze nie wrzucił), bo ja, zamiast ją wspominać, jechałem pierwsze w życiu kilometry pod prąd. Póki co, jest dobrze. :)

Mundialeiro, jak można było przegrać sześć zeiro

Nadano , korespondent/ka: Adam

Jest niedziela rano. Nie wiem, kiedy uda się ten wpis wrzucić na bloga, bofiaskiem zakończyły się wczorajsze próby kupienia prepaidowej karty sim niemieckiego operatora. – Oh nein, nein, nein – mówil tylko pan na stacji benzynowej. Póki co, będziemy więc improwizować, czyli łapać przelotem sieci bezprzewodowe.

Pora opowiedzieć w kilku słowach o naszym krążowniku szos. Jesteśmy już razem dobę, ciągle się jeszcze uczymy siebie wzajemnie, ale I tak wiemy już o sobie sporo. Weźmy taki telewizor. Jak już pisałem wczoraj, działa tylko podczas postoju. Bo żeby złapać jakąkolwiek satelitę, na dachu auta musi rozłożyć się kwadratora antena. Podnosi się, kręci, opuszcza, szuka chińskich satelitów szpiegowskich, by wreszcie złapać starą, dobrą Astrę. – Toooooor! – słyszymy chwilę później, bo pierwszym kanałem, jaki automat stroi, jest niemieckie ARD, gdzie Duńczycy właśnie ogrywają Kamerun. – Brońcie się, Duńczycy będą strzelać!!! A Jezus Maria!!! – krzyczy niemiecki Thomas Winteruch.

Nie da się oglądać mundialu w trakcie jazdy, stajemy więc na parkingach przy okazji każdego meczu. Niestety, możliwości naszego akumulatora okazują się być ograniczone. Trzy mecze zajęło nam nauczenie się, jak z niego efektywnie korzystać, by prądu wystarczyło na całe 90 minut. I tak po obejrzeniu pierwszej połowy(według pierwszych szacunków, trzy kwadranse to był szczyt możliwości akumulatora bez zewnętrznego zasilania), w przerwie, zamiast – he he he – analizować niewykorzystane sytuacje Kamerunu, wyłączamy sprzęt, po czym uruchamiamy na kilka minut silnik. Po chwili jesteśmy gotowi do drugiej połówki.

O łóżkach (wygodnych), lodówce (pełnej), kuchence (praktycznej) nie da się opowiedzieć tak fascynujących anegdot, musicie się wiec zadowolić stwierdzeniem, że są.

Dostawszy się wczoraj na terytorium byłego NRD, zrobiliśmy mały objazd. Właściwie nie wiemy, w jakim celu. Początkowo chcieliśmy sprawdzić jeden z kempingów, potem po prostu zatrzymaliśmy się na obiadokolację. Zawitaliśmy do miasteczka Meissen, które zaskoczyło nas ślicznym, disnejowskim zamkiem na wzgórzu. Gdy wróciliśmy na autostradę, po kilku godzinach odechciało nam się dalszej jazdy. Zatrzymaliśmy się na pierwszym z brzegu parkingu. Panie poszły spać, panowie wypili po piwie w towarzystwie przetrząsającego śmietniki lisa. A potem dzień się skończył, kurtyna opadła, bisów nie było.

Z uwagi na wczorajsze lenistwo, dziś od rana prujemy ile sił w nogach w stronę Luksemburga. Gdy wyruszaliśmy, GPS wskazywał 500 km, w tej chwili mamy… moment, zerknę kierowcy przez ramię… 444 km. Wedle wyliczeń, o 13.17 powinniśmy zapukać do drzwi ambasady. W Calais, gdzie wsiądziemy na prom, musimy być przed 20. O 23 odbieramy na Heathrow Jasona, naszego szóstego pasażera, Razem z nim jedziemy do Stonehenge, gdzie śpimy, a potem skoro świt wstajemy, by powitać najdłuższy dzień w roku. Plan jest więc na tyle ambitny, że ne możemy sobie pozwolić na żadne inne Meissen.

Mecz w Breslau

Nadano , korespondent/ka: Adam

Kamper jest fajny. Wielki jak scania z tabliczką “Heniek” przy szybie. Jesteśmy jeszcze w Polsce, bo niestety meczu nie da się oglądać w trakcie jazdy, a przecież mecz jest ważniejszy niż sama jazda.

I dlatego kończę ten przydługi wpis. Kolejne będą dłuższe!

Poszli w Polskę! Jak to było zorganizowane!

Nadano , korespondent/ka: Adam

Jedziemy! Plan na dziś: odebrać kampera w Katowicach i pruć w stronę Luksemburga. Może nam się znudzi i staniemy gdzieś w Niemczech, gdzie pośpiewamy tradycyjne serbskie pieśni? Tak czy inaczej, dziś wieczorem powinniśmy być już bliżej niż dalej.

Do przeczytania w trasie! Pewnie będziemy sępić na transferze internetowym, więc zamiast pisać maile, lepiej zostawić nam komentarz na blogu.

Pierogi Touring Van 2.0

Switch to our mobile site